SSRI i psychoterapia

Zazwyczaj staram się unikać tonu walki ze spiskiem czy krytyki oficjalnej medycyny. Ale w tym przypadku po prostu nie można milczeć. Nie namawiam oczywiście nikogo do rezygnacji z leczenia, ale uważam, że pacjent ma prawo znać wszystkie fakty o terapii, którą mu się proponuje. Najlepiej byłoby oczywiście, gdyby dowiedział się tego od swojego lekarza, z którym mógłby omówić ryzyko i zyski, a następnie podjąć decyzję.

Wiadomo, że we współczesnej medycynie, aby dopuścić jakiś lek do sprzedaży, należy go bardzo dokładnie przetestować: poddać wielu próbom klinicznym z udziałem placebo, wykazać że jest nieszkodliwy i skuteczny. Wszystko jest kontrolowane. Dlaczego więc piszę o przekręcie?

Jak się okazuje, można obejść te wymogi. W przypadku selektywnych inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny wykorzystano najprostszy trick. Jeśli w próbie klinicznej wyszło, że tabletka nie działa, nie publikowano wyników. Dzięki temu uzyskano rewelacyjny wynik: 94% przeprowadzonych badań wykazało, że lek jest skuteczniejszy od placebo. Ktoś jednak przyjrzał się temu dokładniej. Jak się okazało, po uwzględnieniu tych nie opublikowanych, skuteczność spadła do 51%. Oznacza to, że w niemal dokładnie połowie przypadków pastylki placebo okazywały się równie skuteczne albo nawet skuteczniejsze. Oczywiście placebo nie może mieć „skuteczności”, ale nie ma też skutków ubocznych, dlatego w części badań wypadły lepiej. „Pigułki szczęścia” czasami dosłownie pogarszały stan pacjentów, wady przewyższały korzyści. To nie jest informacja ze „spiskowych stronek internetowych”, każdy może to sam w każdej chwili sprawdzić na anglojęzycznej wikipedi. Tak, nawet encyklopedia o tym pisze. Link do opracowania naukowego:

 http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJMsa065779#t=article

Ile jeszcze było przekrętów podczas prowadzenia tych badań? Nie wiadomo. Od lat zwraca się uwagę na ten problem w medycynie. Dla porównania, statyny (pastylki na cholesterol) były około 20 razy częściej skuteczne, jeśli badania sponsorował ich producent. Nie, wcale nie trzeba kłamać i wymyślać nie istniejące wyniki. Wystarczy na przykład przebadać 10 różnych parametrów (ryzyko samobójstwa, ilość zwolnień z pracy, samopoczucie według skali, aktywność w ciągu dnia i tak dalej), po czym już po zakończeniu badania wybrać te najkorzystniejsze. Lek, po którym część pacjentów popełnia samobójstwo okaże się skuteczny, bo mniej osób wzięło zwolnienie lekarskie. W jednym z badań nad statynami wystawiono laurkę lekowi, po którym zmarło na serce więcej pacjentów, niż po placebo. Dopóki nie zostanie to uregulowane, nie uwierzę w żadne zapewnienia o „potwierdzonej badaniami” skuteczności leku objętego patentem. W suplementy – owszem, bo one praktycznie nigdy nie są badane przez producentów, a nawet często badania nad nimi prowadzi się tak, by uzyskać wynik negatywny, ale nie w przypadku patentowalnych farmaceutyków. Jest nawet organizacja naukowców zrzeszająca ludzi dążących do tego, by ten stan rzeczy zmienić. Na razie jednak nic nie zapowiada rewolucji.

Ilość skutków ubocznych tych tabletek jest przerażająca, łącznie z samobójstwami i trwałą, wieloletnią impotencją (rekordziści do tej pory nie odzyskali „sprawności” od momentu wprowadzenia tych tabletek na rynek), a te, które najbardziej nas interesują, to po pierwsze fakt, że niektórzy pacjenci dopiero po terapii nimi naprawdę zaczynają chorować (lek wywołuje u nich ciężkie uzależnienie), po drugie część badań sugeruje, osoby nimi „leczone” mają większe ryzyko, że choroba wróci do nich w przyszłości. Z moich osobistych doświadczeń na forum jedyne przypadki, których nie udało się wyciągnąć z nerwic i depresji to ludzie, którzy przez długi czas brali SSRI.

A najgorsze jest to, że one po prostu nie leczą depresji. Mogą co najwyżej zamaskować jej objawy, ale mówienie o „leczeniu” mija się z celem, to tak jakby „leczyć” próchnicę tabletkami przeciwbólowymi. Albo się zlikwiduje przyczynę, czyli wyboruje ząb i założy plombę, albo można łykać prochy przez następne kilkanaście lat, chyba że ząb zgnije do końca. Podobnie w interesującej nas chorobie, dopóki nie usuniemy przyczyny, żadna „pigułka szczęścia” nie da trwałego wyleczenia.

Ich jedyne realne działanie to zmniejszenie ryzyka samobójstwa pacjenta w ciężkim stanie, ale właśnie tego dotyczą najpoważniejsze oskarżenia pod adresem zafałszowania badań. W części tych nie opublikowanych SSRI zwiększały ryzyko samobójstwa, zamiast zmniejszać. Całkiem niedawno rozpisywały się o tym wszystkie gazety w USA.

Słówko o psychoterapii. Tutaj mamy nieco bardziej skomplikowaną sytuację. Chcąc ocenić skuteczność jakiegoś specyfiku, trzeba porównać go do placebo. Ale jak stworzyć placebo psychoterapii? Porównywano więc efekty chodzenia na pogadanki do efektów siedzenia w domu.

Ale tu jest mnóstwo czynników leczniczych, które NIE są terapią. Już sam fakt wyjścia z domu, przecież ruch w badaniach klinicznych miał skuteczność porównywalną z lekami! Chory musi z kimś porozmawiać, przełamać się do rozmowy. Ma najzwyczajniej w świecie kontakt z drugim człowiekiem. Może się wygadać. Ma przeświadczenie, że „coś” robi, co samo w sobie jest gigantycznym efektem placebo.

Część naukowców dostrzegła ten problem i postanowiła skonstruować odpowiednie „placebo”, w których pacjent musi iść do gabinetu, musi w nim pogadać o swojej chorobie, posiedzieć z drugim człowiekiem, innymi słowy zrobić wszystko to, co robi się na terapii i co może mieć wpływ na samopoczucie, a co nie jest terapią.

Efekt? Im bardziej „placebo” przypominało psychoterapię, tym mniejsze były różnice, a przy naprawdę dobrze skonstruowanych po prostu znikły. Psychoterapia jako taka miała po prostu zerową skuteczność, a za wszystko odpowiadał fakt, że chory mógł po prostu „wyjść do ludzi i pogadać”, czyli to, co jest w memach internetowych ośmieszane jako „antynauka i oszołomstwo”.

https://www.researchgate.net/publication/9005111_Establishing_Specificity_in_Psychotherapy_A_Meta-Analysis_of_Structural_Equivalence_of_Placebo_Controls

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4311105/